MOJE POTYCZKI Z GENEALOGIĄ...

Każdy genealog ma swoją własną receptę na sukces, wypracowaną w trakcie lat żmudnych poszukiwań i każdy uważa, że jego metoda jest najlepsza. Nie zamierzam udzielać rad jak prowadzić poszukiwania – to zostawiam mądrzejszym od siebie. Nie będzie to kolejny poradnik genealoga-amatora. Zamierzam natomiast opisać jak sam to robiłem, przedstawiając głównie swoje błędy, których dopiero teraz mam świadomość. Dosyć istotnym elementem tej opowieści będą motywy, jakie mną kierowały…

MOTYWY

Gdy zaczynałem swoją przygodę z genealogią nie miałem absolutnie żadnej recepty, ot błądziłem po omacku. Moja niechęć do wszelkiej maści instrukcji i poradników powodowała, że nie korzystałem początkowo z ich dobrodziejstw. Zaczynając nie wiedziałem jeszcze, że genealogia stanie się moją pasją. Nie zastanawiałem się, jak należy poprawnie realizować poszukiwania genealogiczne. Nie wiedziałem wtedy, że można to robić poprawnie lub niepoprawnie, metodami dobrymi lub złymi. Nie zastanawiałem się również czy mam właściwe, czy niewłaściwe podejście do genealogii. Po latach wiem, że popełniłem całe mnóstwo błędów, które zapchnęły moje poszukiwania na fałszywe tory i niemiłosiernie wydłużyły czas moich poszukiwań. Dosyć istotne w tym wszystkim był motyw poszukiwań – dlaczego to chciałem robić. Odpowiedz jest prosta… z próżności. Czy genealogia jest tylko dla uprzywilejowanej warstwy społeczeństwa? Początkowo tak właśnie myślałem. W mojej rodzinie mówiło się, że pradziadkowie po kądzieli byli szlachcicami i mieli jakiś majątek w dawnych Dobrach Wielka Wola i Czyste, który został zniszczony w czasie wojny, a później zabrany przez Bieruta. Mówiono także o jakimś mezaliansie – ale wtedy nie rozumiałem tego słowa. Gdy słuchałem tych opowieści byłem dzieckiem i mogłem czegoś nie zapamiętać. Gdy zaczynałem poszukiwania byłem jednak bardzo dorosłym człowiekiem (42 lata). Pomyślałem sobie, że może fajnie byłoby odnaleźć „majątek” i „szlacheckie” korzenie pradziadków. Takie podejście nie przynosi mi dumy, ale przynajmniej mam odwagę się do tego przyznać. Zmieniło się diametralnie po jakimś czasie, ale o tym później… 

POCZĄTKI

Zacząłem całkiem dobrze – stworzyłem komputerowo dwa drzewka. Pierwsze dotyczyło ojca, drugie mamy. Informacji na nich nie było za wiele. Za swoich przodków po mieczu nie miałem się po co brać, ponieważ nie widziałem wtedy takiej możliwości. Pomyślałem że od strony mamy będzie łatwiej, ponieważ mama i dziadek urodzeni w Warszawie. Oprócz swoich dziadków i mamy na drzewku miałem jeszcze zapisane rodzeństwo dziadka z dwóch małżeństw pradziadka. Znałem nazwiska i imiona dwóch jego kolejnych żon. Wiedziałem, że do wybuchu II wojny światowej dziadkowie i moja mama mieszkali na warszawskiej Woli. W starych zapiskach mojego ojca odnalazłem nawet dokładny adres. Wygrzebałem z szuflad i szaf dokumenty pozostałe po moich rodzicach i dziadkach macierzystych. Zeskanowałem je i opisałem – oczywiście tylko tyle, ile wtedy wiedziałem. Moi rodzice i dziadkowie już nie żyli. Każde zdjęcie otrzymało swój numer, datowanie i krótki opis (kto jest na zdjęciu). Podobnie zrobiłem z dokumentami – liczba porządkowa, datowanie, kogo i czego dotyczy. Oryginały dokumentów zalaminowałem, co chyba nie było dobrym pomysłem. Informacje o zdjęciach i dokumentach wpisywałem do zwykłego arkusza Excel. W ten sposób powstały moje pierwsze pomocnicze bazy danych, do których wracam ustawicznie. W komputerze utworzyłem katalogi – osobno dla każdej z rodzin, a w nich podkatalogi poszczególnych członków rodziny. Była w tym jakaś systematyka, bo bez niej ciężko jest później dotrzeć do informacji. Katalogi się sprawdziły, ponieważ funkcjonują do dzisiaj. Dokumenty i pliki zapisane zostały pod przydzielonymi wcześniej numerami indeksowymi. Jest to dla mnie wygodne, ponieważ odwołując się do jakiegoś dokumentu nie muszę wpisywać długich informacji tylko numer np. D001. Do zdjęć odwołuje się w podobny sposób np. Z001. Do zbierania informacji przygotowałem sobie odpowiednie arkusze z podziałem na rodziny (rodzice/dzieci) i poszczególnych członków rodzin. Ciągle je zmieniałem, bo zawsze brakowało jakiejś rubryki. Wszystko było dobrze, dopóki ilość tych kart była niewielka. Trzymałem je w segregatorach A4. Nie korzystałem z żadnych profesjonalnych czy amatorskich komputerowych programów genealogicznych. Dzisiaj nie wyobrażam nawet sobie, jak mogłem funkcjonować bez takiego programu.

Komputeryzacja ma jednak swoje plusy i minusy, a lenistwo jest zgubą ludzkości… Pewnego dnia padł mi dysk. Kopii zdjęć i dokumentów nie miałem. Cała praca związana ze skanowaniem dokumentów i zdjęć poszła na marne. Na szczęście pozostały oryginały, które były ponumerowane. Musiałem zacząć od nowa – skanowanie, tworzenie indeksów…. Zmarnowane dziesiątki godzin pracy. A wystarczyło wykonać kopię raz na jakiś czas. Wtedy nawet się ucieszyłem, że nie używam programu genealogicznego, ponieważ straciłbym również zdobyte dane. W początkach mojej pracy panował ciągły chaos. Gubiłem się w notatkach, nie miałem żadnego planu poszukiwań, coś zaczynałem, ale nie kończyłem, łapałem przysłowiowe 100 srok za ogon. 

ZNIECHĘCENIE

Dotarcie do informacji o moich pradziadkach zajęło mi sporo czasu. Fakty z ich życia poznałem dopiero w 2009 roku. Dotarcie do ksiąg nie było wtedy tak prostą sprawą. Na portalach genealogicznych nie funkcjonowała jeszcze tak duża ilość udostępnionych aktów, jak obecnie. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że poszukiwania należało zacząć w archiwach Urzędu Stanu Cywilnego. Miałem wtedy zbyt mało informacji. Szukać zacząłem natomiast w Wydziale Ksiąg Wieczystych Hipoteki Warszawskiej. Odnalazłem tam 32 bardzo grube tomy dotyczące Dóbr Wielka Wola i Czyste. Po kilku wizytach i dziesiątkach godzin pracy odnalazłem tom, w którym opisywano „majątek” pradziadków, jak również sporo informacji o nich samych oraz rodzeństwie mojego dziadka. Wtedy przeżyłem pierwsze zniechęcenie do dalszych poszukiwań i bawienia się w genealoga. Domniemany majątek okazał się niezbyt dużą działką, którą mój dziadek i jego brat sprzedali tuż po zakończeniu wojny. Akt notarialny nie miał co prawda mocy prawnej ze względu na dekret Bieruta, który likwidował jakąkolwiek własność prywatną. Czar prysł, majątku nie będzie…Pozostały więc domniemane „korzenie szlacheckie”.

Z informacji zdobytych w Hipotece wynikało, że pradziadek nie urodził się w Warszawie, tylko w Prusinowicach w parafii Klukowo. Znałem już miejsce i  dokładną datę jego urodzin. Dotarcie do ksiąg tej parafii poszło już szybko. W akcie urodzin pradziadka znalazłem dosyć dziwne określenie stanu społecznego jego ojca – „wyrobnik”. Jakie było moje zdziwienie, gdy później w słowniku wyczytałem znaczenie tego słowa: „wyrobnik – wynajmujący się do prac fizycznych na krótki okres – sezonowo”. Szlacheckich korzeni raczej w tym nie widać… Mój nastrój pogorszył się jeszcze bardziej, gdy na końcu aktu wyczytałem, że stawający (prapradziadek) pisać nie umiał. Może się pomyliłem, może ksiądz się pomylił, a może źle przeczytałem nazwisko… Akt był jednak spisany w języku polskim i jak byk, stało wyraźnie napisane nazwisko. Zgadzała się data i miejsce urodzenia. Odnalazłem też akt urodzenia późniejszej żony mojego pradziadka – Eleonory REMBIEWSKIEJ. Wtedy zrozumiałem, dlaczego w mojej rodzinie mówiono o mezaliansie – mój pradziadek nie był dla niej właściwą partią. Rembiewscy to bardzo stary ród szlachecki, choć mocno zubożały.

Zniechęciłem się do dalszych poszukiwać. Uznałem, że zmarnowałem trzy lata zupełnie bez sensu. Skutkiem tego zniechęcenia było moje początkowe podejście do genealogii i motywy dla jakich zacząłem się nią zajmować… 

OPAMIĘTANIE, NOWE PODEJŚCIE I NOWY CEL

Po latach wiem, że złe motywy przynoszą złe skutki, powodują rozczarowania i zniechęcenie. W tym miejscu pozwolę sobie na jedną radę – o ile zamierzacie szukać swoich przodków, krewnych i powinowatych z jakiegoś materialistycznego lub snobistycznego powodu, to nie róbcie tego. Do wyszukiwania utraconych majątków służą wyspecjalizowane firmy, do wykazywania szlacheckich korzeni również jest wielu profesjonalistów. Gdy robimy to sami i to z tak niskich pobudek powodujemy, że ta przepiękna nauka pomocnicza historii, staje się zbrukana, nierzetelna i nieciekawa. Brak rzetelności zachodzi zazwyczaj wtedy, gdy na siłę chcemy odnaleźć swoje „szlacheckie korzenie” lub „utytułowanego” przodka.

Opamiętanie  przyszło szybko. Ułożyłem sobie w głowie wszystko od nowa, zmieniłem swoje podejście do genealogii i wyznaczyłem sobie nowy cel – stała się nim potrzeba poznania własnej rodziny, jej korzeni, życia. Pragnąłem wiedzieć jak się rodzili, żyli i umierali. Obiecałem sobie, że zrobię to z jak najwyższą starannością i rzetelnością, bez naginania rzeczywistości i unikania „niewygodnych” faktów. Rodziny się nie wybiera – jest ona taka, jak jest i basta. Czy dlatego, że nasz przodek okaże się niepiśmiennym wyrobnikiem mamy się obrazić na genealogię, zaprzestać poszukiwań i żyć w zakłamaniu udając, że nić się nie stało? W każdej rodzinie zdarzają się przeróżne przypadki np. nieślubne dzieci – czy w takim przypadku należy usunąć takie dziecko z drzewa? Mój pradziadek macierzysty pochodził właśnie z nieślubnego związku, tak więc nosił nazwisko swojej matki. W moim drzewie zrobiła się poważna luka odnośnie jego przodków w linii patrylinearnej. Praprababcia wyszła za mąż, ale pradziadek nie nosił nazwiska jej męża. Czy powinienem usunąć swojego „wstydliwego” przodka z drzewa? Gdybym to zrobił musiałbym usunąć również swojego dziadka, mamę i samego siebie… Ewentualnie mógłbym jeszcze zaprzestać poszukiwań na linii mojego dziadka. Oczywiście tego nie zrobiłem i to nie tylko z przyczyn „technicznych”, ale także
z powodu rzetelności, którą postanowiłem się kierować w swoich poszukiwaniach. 

Załóżmy jednak, że osób badających historię danego rodu będzie więcej, a każda będzie wywodziła się z innej gałęzi rodowej. Dla jednej z takich osób mój przodek „illegitimi thori” (z nieprawego łoża) może się okazać wątpliwą ozdobą drzewa, więc go w nim nie umieści. Tak właśnie przestaje istnieć historyczna prawda. Nierzetelność pojawia się także w przypadku deklasacji społecznej jednej z linii bocznych. Załóżmy, że nasz przodek był bardzo zamożnym „nobiles” i we wszystkich odnalezionych przez nas metrykaliach tak jest opisywany. Odnajdujemy jednak akt związany z jego rodzonym bratem, który okazuje się zwykłym wyrobnikiem – oj nie będzie to pasowało do naszego ugładzonego drzewa. Czy takie sytuacje się zdarzają? Oczywiście…

Prowadzenie rzetelnych poszukiwań powinno być podstawową zasadą pracy każdego genealoga, nieważne zawodowca, czy amatora. 

CZASAMI JEST POD GÓRĘ

Niestety czasami zdarzają się sytuacje, w których nasza rzetelność może doprowadzić do porażki . Każdy z nas w trakcie prowadzonych poszukiwań spotkał się lub spotka z aktami, w których dziecku przy chrzcie nadano trzy imiona np. Jan Adam Fryderyk. Według współczesnych standardów najważniejsze jest pierwsze imię, czyli Jan. W XVIII/XIX wieku powyższe nie było jednak standardem. Równie dobrze urodzony Jan Adam Fryderyk mógł 20 lat później żenić się jako Fryderyk, a 50 lat później umrzeć jako Adam… Z takimi przypadkami spotkałem się wielokrotnie, ostatnio badając księgi parafii ewangelickiej w Ostrowie Wielkopolskim. Ewangelicy pochodzenia niemieckiego niezwykle często nadawali swoim dzieciom dwa lub trzy imiona – w ich aktach urodzeń były one skrupulatnie wymieniane. Spotkałem się nawet z aktem, w którym imion było aż siedem… Badając dalsze losy urodzonych Samuelów Gottliebów Fredericków miałem niesamowite problemy z ustaleniem kto jest kim i od kogo pochodzi, ponieważ syndrom wielu imion dotyczył zarówno dzieci, jak i ich rodziców. Samuel Gottlieb Frederick (nazwisko nieistotne) w akcie urodzenia miał wymienione trzy imiona, a jego rodzice po dwa – ojciec również Samuel Gottlieb, a matka Susana Dorothea. Gdy Samuel junior zawierał związek małżeński w akcie podano tylko jego dwa pierwsze imiona, a rodziców wymieniono z drugich imion – ojciec Gottlieb, matka Dorothea. Wszystko inne się niby zgadzało – parafia, wiek pana młodego, nazwa wsi, numer gospodarstwa… Panna młoda nosiła dwa imiona – Anna Rosina. W tej samej parafii rodzą się dzieci tego małżeństwa. I tu kolejna zagadka – pierworodny zapisany jest jako syn Fredericka i Rosiny, drugie jako córka Samuela Gottlieba i Anny, a trzecie jako syn Gottlieba i Anny. Czy były to na pewno dzieci małżeństwa, które wcześniej opisałem? W tej wsi mieszkała tylko jedna rodzina nosząca poszukiwane przeze mnie nazwisko. Ojciec i syn byli kowalami i tak w każdym akcie byli opisywani. Nie zdarzało się, aby w niewielkich wsiach były dziesiątki kowali W każdym z aktów dotyczących tej rodziny podawany był ten sam numer domostwa. Nie mogło być więc mowy o pomyłce. Dwadzieścia lat później, w tej samej parafii umiera Samuel (junior). W akcie zgonu zapisany jest jako Samuel syn Samuela i Susany.

Rozpoczynając przeglądanie ksiąg parafialnych należy być świadomym pewnych uwarunkowań. Nie poruszamy się we współczesności, gdzie każdy ma dowód osobisty, numer PESEL, NIP i trwałe nazwisko. W XVII-XVIII, a nawet w połowie XIX wieku „dane” te były bardzo ruchome i elastyczne. Wiek stawających podawany w aktach był niejednokrotnie czystą fikcją i potrafił znacząco mijać się z rzeczywistością. Spotkałem dziesiątki, jak nie setki aktów, w których dana osoba jednego roku miała lat 30, a rok później już 40, po to żeby dwa lata później mieć ponownie 30 i umrzeć za pięć lat w wieku 42 lat. Opierając się w swoich poszukiwaniach tylko i wyłącznie na dosłownym rozumieniu zapisów, powinniśmy teoretycznie taki akt odrzucić jako, niedotyczący osoby, którą szukamy. Podobnie sprawa przedstawia się z nazwiskami. W moim drzewie występuje nazwisko TYKWIŃSKI – to moi przodkowie po kądzieli. Przeszukując księgi z wielu parafii mazowieckich i kujawsko-pomorskich spotkałem się z tak wieloma obocznościami tego w miarę prostego nazwiska, że chwilami wątpiłem które jest właściwe. Najmniejszego znaczenia nie miał tu okres występowania tego nazwiska, jak również miejsce występowania. Pewne wpływy językowe widoczne były tylko w kontekście zaboru, w jakim dana osoba żyła. W zaborze pruskim pojawiał się bardzo często TYKFINSKY i TYKWINSKY– oczywiście bez polskich znaków. W zaborze rosyjskim: TIKWIŃSKI, TIKFIŃSKI (ze znakiem miękkim). Pozostałe oboczności były z zasady związane z błędami pisarskimi: TYKSIŃSKI, TUKFIŃSKI, TEKSIŃSKI, TEKWIŃSKI, TOKWIŃSKI. Pojawiały się również bardziej kuriozalne pomysły, np. TYKUŚCIŃSKI.  Skutkiem takiego stanu rzeczy było sztuczne mnożenie nazwisk. Posłużę się przykładem opartym na faktach – w jednej rodzinie ojciec nosił nazwisko ANDRZEJAK, a w kolejnych latach narodziło się jego pięciu synów. Pierwszy zapisany jako ENDRZEJAK, drugi jako JĘDRZEJAK, trzeci to JĘDRZEJCZYK, czwarty ENDRZEJCZYK, a piąty ENDRZEJCZAK.  Po 20-25 latach synowie ANDRZEJAKA ożenili się. Każdy z nich założył nową linię rodową od swojego „nazwiska”. Jak w takiej sytuacji może sobie poradzić genealog? Szukając klasyczną metodą  prospektywną nigdy nie przyjdzie nam do głowy, że ENDRZEJCZAK był synem ANDRZEJAKA. Zdarzało się, że w takiej sytuacji wpadałem w panikę i poszukiwałem każdego podobnie brzmiącego nazwiska. W ten właśnie sposób utknąłem na pół roku w badaniu genealogii TEKLIŃSKICH, których nazwisko uznałem za oboczność TYKWIŃSKICH… Bezsensowna praca jest najgorszym co może spotkać początkującego genealoga, ponieważ zniechęca do dalszych poszukiwań…

Co z powyższego wynika? Otóż to, że oprócz RZETELNOŚCI należy też zachować ZDROWY ROZSĄDEK i pewną ELASTYCZNOŚĆ w interpretowaniu zapisów znajdujących się w aktach.

METODY DOBRE I ZŁE

Moim zdaniem metody dobre to te, które są skuteczne. Niektórzy uważają, że poszukiwania przodków należy prowadzić w ściśle określonej kolejności zaczynając zawsze od siebie, swoich rodziców, dziadków, itd. To oczywiście metoda dobra i posiadająca wiele zalet. Ale czy poszukiwania „od tyłu” są aż tak złe? Niejednokrotnie metoda taka okazuje się skuteczna – przeważnie wtedy, gdy posiadamy jako dane wyjściowe tylko strzępy informacji. Jest to metoda, którą można stosować w sytuacji, gdy nie ma innego rozwiązania, czyli metody poszukiwania „w górę”. Przed taką właśnie koniecznością stanąłem prowadząc poszukiwania rodu UMIASTOWSKICH. Osoba znajdująca się w moim drzewie urodziła się i zmarła w parafii Leszno. Dwoje z rodzeństwa tej osoby również. Rodzice pochodzili z zupełnie innej parafii. Chcąc prowadzić poszukiwania zgodnie ze sztuką nie osiągnąłbym oczekiwanego efektu, czyli wiedzy o kolejnych pokoleniach przodków. Wiedziałem, że babcia osoby z mojego drzewa pobrała się w parafii Żbików – musiałem więc poprowadzić poszukiwania od tyłu. W tamtym okresie śluby z zasady zawierane były w parafii panny młodej. Odnalazłem akt ślubu – na moje szczęście było w nim sporo informacji o panu młodym i miejscu jego pochodzenia (parafia Rokitno). Można mówić o „szczęściu”, ponieważ w aktach łacińskich więcej bywało informacji o parafii i księdzu udzielającym ślub niż o osobach zawierających związek małżeński. Tym razem ksiądz był bardzo dokładny. W akcie podano dokładną datę urodzenia Pana młodego, nazwę miejscowości z której pochodził, nazwę parafii oraz informacje o jego rodzicach. Mogłem założyć, że po ślubie małżonkowie zamieszkali w parafii pana młodego – założenie było słuszne. Tam właśnie urodzili się wszyscy potomkowie tego małżeństwa, w tym przyszły ojciec osoby z mojego drzewa. Dwadzieścia lat później brał ślub w parafii Rokitno – tam urodził się pierworodny potomek. Następnego roku rodzina zamieszkała w parafii Leszno i tam też urodziła się probantka. W ten sposób odnalazłem kilka pokoleń przodków probantki oraz jej licznych krewnych. Gdybym nie szukał „od tyłu” musiałbym zakończyć omawianą linię na wiedzy, którą posiadałem na wstępie. Mogłem jeszcze wertować księgi okolicznych parafii lub czekać, aż ktoś się zlituje i umieści w internecie indeksy. Oczywiście prowadzenie poszukiwań metodę retrogresywną niesie ze sobą wiele zagrożeń, ale wynikają one głównie ze skłonności poszukiwacza… Niektórzy naciągają fakty, przystosowując je do swojej własnej układanki.

Poprawnie, niepoprawnie – we wszystkim, w genealogii także, obowiązują jakieś kanony (konwencje). Powinno się więc je przestrzegać, chociażby w kwestii stosowanych terminów i nazewnictwa. A to już wiedza tajemna…

WIEDZA TAJEMNA

Gdy zaczynałem swoje poszukiwania genealogiczne nie miałem o tej tematyce najmniejszego pojęcia. Zacząłem grzebać w Internecie, bo inaczej tej czynności nazwać nie mogę, natrafiając na przeróżnego rodzaju naukowe wywody składające się ze słów, których absolutnie nie rozumiałem i nie przyswajałem… Wstępni, przystępni, powinowaci, filiacja, koicja, descendent, linia patrylinearna, matrylinearna, relacje ambiwalentne, probant… Jedyne co zrozumiałem, to „po mieczu” i „po kądzieli”, bo to akurat pamiętałem z lekcji historii lub lektur szkolnych… dawno to było, ale utkwiło w pamięci. Po mieczu to wszyscy moi przodkowie ze strony ojca, a po kądzieli to wszyscy przodkowie mojej mamy – proste i logiczne…

Pamiętałem też, że „babka macierzysta”, to moja babcia ze strony mamy, a „babka ojczysta”, to babka ze strony ojca. Kolejny poważny termin, jaki odnalazłem to „rachunek pokoleń”, czyli stopień pokrewieństwa. Dla mnie laika, pokrewieństwo oznaczało, że ktoś jest moją babką, ciotką, wujkiem, bratem, itp. Z materiału, który wtedy czytałem okazało się jednak, że to tak do końca nie jest… Okazało się, że może występować określony stopień pokrewieństwa w linii prostej lub w linii bocznej. Cóż to jest „stopień pokrewieństwa” – mądre źródło wyjaśniło mi, że jest to liczbowe oznaczenie odległości genealogicznej między dwiema spokrewnionymi osobami, czyli np. mój dziadek jest moim krewnym drugiego stopnia w linii prostej, pradziadek krewnym trzeciego stopnia, itd. W tym przypadku sprawa wydaje się prosta.  Bardziej skomplikowane jest to w przypadku obliczania pokrewieństwa w liniach bocznych… W tym miejscu musimy rozróżnić prawo świeckie od kanonicznego. Według tego pierwszego, stopień pokrewieństwa jest równy sumie osób w obu liniach prostych, a ż do wspólnego przodka, bez wyliczania samego przodka… Szkoda, że wtedy nie zrobiłem sobie jakiegoś selfie… pewnie miałem nietęgą minę. Tłumacząc z polskiego na nasze – załóżmy, że mój Paweł miał dwie córki – Anie i Basię, a każda z nich miała jednego syna. Synem Ani był Janek, a synem Basi był Adam. Janek dla Basi (swojej ciotki) jest krewnym III stopnia, a dla Adama (swojego brata ciotecznego) jest krewnym IV stopnia. Paweł dla Janka i Adama jest krewnym II stopnia. Zgodnie z prawem kanonicznym krewni w linii bocznej tego samego pokolenia są ze sobą spokrewnieni w takim samym stopniu, w jakim każdy z nich jest spokrewniony ze wspólnym przodkiem.

Grzebiąc tak bez sensu w kolejnych stronach natrafiłem na hasło „metody badań genealogicznych” – pomyślałem sobie wtedy, że wreszcie się dowiem jak to robić… A tam jakiś badacz napisał mi, że mogę zastosować „metodę retrogresywną” lub „prospektywną”…

Czy te wszystkie tajemne terminy są dla nas ważne? Gdy odpowiem „NIE” to większość poważnych genealogów spali mnie na stosie za szerzenie herezji. Dobrze jest zebrać sobie wiedzę na temat stopni pokrewieństwa, koligacji itp. kwestii w jednym miejscu – w internecie dostępne są gotowe tablice wyjaśniające te wszystkie zawiłość w sposób prosty i przejrzysty, więc trzeba z nich korzystać. Niewątpliwie przydaje się wiedza na temat dawnego nazywania pokrewieństwa, która nie wynika z kanonów obecnej genealogii, a w oczach młodego genealoga-amatora może spowodować niemałe zdziwienie. Jako, że na wstępie stwierdziłem, że nie jest to poradnik, podaję przydatne linki zamiast długiego rozpisywania się. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Staropolskie_okre%C5%9Blenia_stopnia_pokrewie%C5%84stwa

https://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Pokrewie%C5%84stwa

http://czasgentlemanow.pl/2012/02/z-zelwa-i-paszenogiem-za-pan-brat/

ŻYCZLIWI LUDZIE

Bez nich poszukiwania genealogiczne bywają żmudne i czasami bezowocne… Miałem to szczęście, że na swojej drodze spotkałem wielu takich ludzi. Za każdym razem zetknięcie z nimi przynosiło tylko wartości dodane. Dzięki tym ludziom zrozumiałem, że nie można być samolubem i trzymać zdobytą wiedzę tylko dla siebie. Trzeba się bezinteresownie dzielić z innymi, bo życie jest jak powracająca fala – dasz to inni też tobie dadzą. Każdy z genealogów posiada w swoich archiwach przeróżnego rodzaju informacje – ważne, mało ważne i nic nie znaczące. Ale dla nas taka pozornie błaha informacja, może stać się kamieniem milowym w naszych poszukiwaniach. W moim przypadku wydarzyło się to wielokrotnie. Dzięki drobnej informacji lub wskazówce przekazanej przez bezinteresownych życzliwych ludzi posuwałem swoje poszukiwania do przodu. Mógłbym tu wymienić co najmniej dziesięć nazwisk osób, których pomoc była dla mnie bezcenna, ale zapewne wolą pozostać anonimowe. Sam też staram się pomagać każdemu, kto takiej pomocy potrzebuje…

Skąd się wzięło moje nazwisko , jaki jest jego rodowód, czy jego brzmienie na przestrzeni wieków uległo znacznym zmianom? Podobne pytania zadają sobie zapewne dziesiątki domorosłych, a nawet rasowych genealogów. Sprawa wydaje się pozornie prosta, jednak to tylko pozór…     

Podejmując jakiekolwiek rozważania nad pochodzeniem danego nazwiska – nad jego etymologią;  należy sobie uświadomić, że w Polsce nazwisko to zjawisko niezwykle późne historycznie. Do schyłku średniowiecza istotą określania danego człowieka było jego imię i ewentualny przydomek, który charakteryzował jakieś specyficzne cechy fizyczne, pochodzenie lub zdarzenia. W Polsce Piastów mamy do czynienia z Leszkiem Białym , Leszkiem Czarnym, Bolesławem Kędzierzawym, itp. Rozpatrując pochodzenie nazwisk wśród władców dawnej Polski można uznać, że ich przydomki określały konkretne cechy widoczne już od początków życia, ale mogły też powstawać w jego trakcie lub nawet po śmierci. Przydomek mógł odnosić się do epizodów z życia władcy lub np.  stanowić rodzaj oceny jego panowania. Tworzenie dziedzicznego nazwiska od przydomku nie było automatyczne, masowe – były tylko jedną z możliwości.

Jeszcze w XII w. człowieka określano tylko jednym słowem, nie istniało pojęcie imienia i nazwiska. Był to okres przednazwiskowy. Określenia, nazwania ludzi były jednowyrazowe i nie były dziedziczone. Ówczesne nazwania to m.in. Bogdan, Sulen, Micherz, Matuł, Suluj, Gęba, Godziesz,  Niesiebud, Gościrad, Łątek, Boguchwał, Bielec, Kuczek, Dalestryj, Radost, Dobruj, Kuzior, Ustalicy, Pąs, Paweł, Siedlik, Suta, Chocian, Kotek, Przewodek, Gwozdan, Chwalisz, Krobcza, Miłostryj, Żydowin, Bożek, Chociemir, Dąbrosza, Proszek, Kędzierza, Trąbka, Będziech, Dobek, Pozdziech, Witosza... Bulla Gnieźnieńska (1136 r.) wymienia około 300 różnych nazwań. Dopiero XV-XVI wiek staje się okresem, w którym nazwanie powolnie przemienia się w nazwisko. Proces ten początkowo obejmuje tylko szlachtę, ale  stopniowo rozprzestrzenia się również na mieszczaństwo i chłopstwo. W dwóch ostatnich grupach społecznych trwa do połowy XVII wieku, a w Płockim Wielkopolsce, i na Kresach Wschodnich aż do XVIII wieku. Przydomki bądź przezwiska były więc jednym z najwcześniejszych źródeł służących do tworzenia nazwisk. Źródłem nazwiska mogły być również imiona. I tak syn człowieka nazywanego w jakiejś społeczności Pawłem przyjmował do swojego imienia miano Pawłowski; syn Jaśka stawał się Jaśkowski lub Jaśkowik, a syn Piotra mógł nazywać się np. Piotrowicz, Piotrowski albo Pietraszak. Odojcowski charakter nazwisk wiąże się głównie z grupą przyrostków typu: -ak, -ek, -ec, -ik, -yk, -ewicz, -owicz.

Do budowy rdzenia przyszłego nazwiska mógł również posłużyć jakiś święty patron np. Paweł, Piotr, Szymon, Wojciech, Jan, itp. Tak prawdopodobnie mogły powstać nazwiska: Pawłowski, Piotrowski, Szymański, Wojciechowski, Jankowski. Część nazwisk mogła powstać w wyniku nazywania w małej społeczności (głównie na wsi) kilkorga dzieci jednego ojca jego imieniem, np. od imienia Adam dzieci nazywano Adamy; od Jana Jany, a od Piotra Piotry, itd.  Gdy tak nazwane dzieci stawały się dorosłe do ich imion przyrastały nazwania i stawały się nazwiskiem. Nazwiska pochodzące od imienia ojca lub świętego patrona stanowią dosyć znaczny odsetek wśród 1000 najpopularniejszych nazwisk w Polsce – ponad 25%.

Poważny wpływ na powstawanie późniejszych nazwisk miało zapewne wprowadzenie w Polsce chrześcijaństwa. Obok silnej, zakorzenionej tradycji przedchrześcijańskiej pojawiła się wówczas nowa, zupełnie odmienna: w dalszym ciągu noszono dawne, tradycyjne imiona słowiańskie, a jednocześnie przy chrzcie duchowni nadawali imiona dotąd na ziemiach polskich nieznane. Taka dwuimienność w czasach późniejszych, np. w momencie spisu powinności pańszczyźnianych, powodowała, że jeden z elementów mógł być uznany za imię, a drugi za nazwisko.

Przyszły rdzeń nazwiska mógł również pochodzić od zawodu (profesji, funkcji, zajęcia) lub statusu, stosunków rodzinnych, czy pokrewieństwa – z tej grupy wywodzą się zapewne nazwiska: Kowalski, Woźniak, Krawczyk, Szewczyk, Kaczmarek, Wdowiak, Cieślik. Nazwiska powstawały również na podstawie cech charakterystycznych dla danej osoby, np. cech fizycznych, charakteru (typ przezwiska) – będą to nazwiska: Cichocki, Wysocki, Czarnecki, Wesołowski, Małecki, Kędzierski. Znaczna grupa nazwisk w swoim rdzeniu pochodzi od zwierząt (praktycznie cały świat fauny oraz owady) – można tu wymienić takie nazwiska jak: Kozłowski, Gawroński, Wróbel, Dudek, Sikora, Rybicki, Zięba. Nazwiska Polaków mają swoje korzenie także w przedmiotach użytkowych (np. narzędzia) substancjach, produktach spożywczych, potrawach (Krupa, Socha, Skiba, Żur, Żurek, Kiełbasa); w świecie roślin (Wiśniewski, Kwiatkowski, Jabłoński, Malinowski, Kłosowski, Dąbrowski, Kalinowski, Pasternak); jak również pochodzą od nazw szczegółowo charakteryzujących pochodzenie lub miejsce zamieszkania, urodzenia (Mazur, Górski, Borkowski, Krajewski, Czech, Potok, Cygan, Niemiec, Pruski, Żmuda, itd.). Pewien ułamek stanowią również nazwiska pochodzące od określeń kalendarza i czasu (Wieczorek, Majewski, Piątek, Kwiecień, Niedzielski) oraz nazwiska obce (Szulc, Szwarc, Miller, Hoffmann, Lange). [1]

Nazwisko zaczęło być postrzegane jako odrębna jednostka językowa, historyczna i prawna – stało się obowiązkowe, dziedziczne i niezmienne w swojej formie słowotwórczej, fonetycznej i graficznej. W tym ścisłym znaczeniu nazwisko na ziemiach polskich funkcjonuje na podstawie prawa stanowionego od XIX wieku. Przepisy kodeksu cywilnego Królestwa Polskiego z roku 1825 nie regulowały jednak kwestii nadawania nazwiska dziecku nieznanych rodziców. Urzędnik sporządzający akt urodzenia takiego dziecka, nie znając nazwiska, wpisywał niekiedy dwa imiona. Wtedy to drugie pełniło funkcję nazwiska. Powstałe tymi sposobami nazwiska drogą dziedziczną przechodziły z pokolenia na pokolenie i dziś tworzą wśród nazwisk polskich dość liczną grupę.

Wielka liczba polskich nazwisk została utworzona od wyrazów pospolitych (tzw. apelatywów). Część tych nazwisk brzmi tak samo jak ich pierwowzór, np. ogórek (warzywo) i Ogórek (nazwisko). Natomiast druga część tego zbioru została wzbogacona o przyrostki, np. grzyb i Grzyb-owski, malina i Malin-owski, itp.

Początkowo przezwiska, mogły być metaforycznym komentarzem odnoszącym się do jego nosiciela lub jego przypadkowego, jednostkowego zachowania, czy też  posiadania jakiejś cechy charakteru. Dane przezwisko dość dokładnie określało opisywanego człowieka. Osobnik o sporej tuszy lub ktoś bardzo silny zwany był przeważnie Bykiem, Niedźwiedziem lub Zwierzem, innego, uchodzącego w danym środowisku za wyjątkowo przebiegłego i chytrego - Lisem, a jego syna (w zależności od regionu Polski) - Lisowczykiem, Lisieckim lub Lisowskim, człowieka mieszkającego na końcu wsi lub za rzeką – Koniecznym lub Zarzecznym, a wypuszczającego dość często i głośno swoje wiatry – Bździochem lub Pierdziochem. [2] Przezwiska bardzo często miały nie tylko nazywać i odróżniać danego człowieka, ale również 
w takiej formie zapisywane były przy jakiejś urzędowej potrzebie przez miejscowe władze np. przez administrację dworską i kościelną, przeważnie przy rozpisywaniu i ewidencjonowaniu pańszczyźnianych powinności, przy czym zupełnie nie troszczono się, aby brzmiało ono jakoś godziwie. Chodziło tylko o to, aby wyróżniało ono pańszczyźnianego chłopa spośród innych i pozwalało na jego identyfikację. Autorytet dworu i plebanii był w tym czasie tak duży, że poddany nie śmiał oponować i godził się na takie określenie jego osoby, jakie funkcjonowało już w miejscowym środowisku. W tamtych czasach żadna ze stron nie zdawała sobie sprawy, jak ważne w życiu człowieka będzie jego przezwisko, które z czasem stanie się nazwiskiem dziedziczonym z pokolenia na pokolenie.

Nazwiska odapelatywne utożsamiane są często wyłącznie z ludnością niższych klas społecznych, jednak nie jest to prawda, gdyż warstwa szlachecka również przybierała tego typu nazwiska. Według powszechnego przekonania o „szlacheckim pochodzeniu” świadczy nazwisko zakończone na ski, cki, dzki. Jest to jednak kolejny mit. Nazwiska z tego typu przyrostkami stanowią zasadniczą i istotną część zbioru nazwisk polskich, nie są jednak wyznacznikiem wywodzenia się z kultury szlacheckiej. Przyrostki te (końcówki) wskazują tylko iż dane nazwisko powstała jako forma patronimiczna tak więc „Janowski" to po prostu syn Jana (ewentualnie ktoś pochodzący z Janowa), a „Kowalski" to może jakiś potomek kowala. Tego typu przyrostki są najbardziej charakterystycznym wyróżnikiem nazwisk polskich od nazwisk zagranicznych, ale nie są tworem indywidualnym kulturowo. Podobne przyrostki można spotkać na Ukrainie (-ський),  wśród pewnej części nazwisk rosyjskich (-ский). Istnieją także czeskie nazwiska zakończone na –ský oraz macedońskie zakończone na(-ски). Źródłem tych podobieństw mogą być zarówno wspólne, słowiańskie korzenie języków, jak też silne oddziaływanie polskiej kultury, począwszy od XIV wieku, na terenie kresów Często takie nazwiska były efektem spolszczania niemiecko brzmiących. Badacze nazw osobowych stwierdzili, że w drugiej połowie XIII wieku nastąpił początek procesu tworzenia się nazwisk, w tym z przyrostkiem typu -ski. Nazwiska z przyrostkiem ski, cki, dzki stanowią obecnie w Polsce 35,6% całkowitego odsetka występujących przyrostków. Pozostałe najczęściej występujące przyrostki to –ak (11,6%), -ek (8,6%), -ik oraz –yk (7,3%), -ka (3,2%); -owicz oraz –ewicz (2,3%) [3]

W dosyć szerokim wachlarzu nazwisk występujących w Polsce nie brakuje nazwisk typowo białoruskich: Kościuszko, Moniuszko, Łukaszenka, Pawłowicz, Bartosiewicz, oraz innych z końcówkami - ko, -ka, - wicz. Liczną grupę stanowią nazwiska ukraińskie z charakterystyczną końcówką –uk: Chwedczuk, Denisiuk, Karpiuk. Nie brakuje również nazwisk o rosyjskim brzmieniu: Aleksandrow, Antonow, Bułchakow, Bykow, Komarow, Konstantinow, Pawłow, Petrenko, Petrow, Romanow, Siemionow, Sergiejew, Szczerbakow, Szubin, Sidorow, Simonow, Smirnow, Sobolew, Tarasow, Tichomirow, Tichonow, Tkaczow, Trietiakow, Uljanow, Wasiljew, Wawilow, itp.  Potężną grupę stanowią nazwiska o rodowodzie niemieckim:  Braun, Braunek, Benner (obecnie Bonar), Büttner (obecnie Butnar/Bytnar), Dressler (Dreslar), Gerlach (obecnie Gierlach, Gierloch), Hoffmann, Hofman, Heckerth, (Ekiert), Klein, Klejna, Krause, Krauze, Krüger, Kruger, Keller Kyellar (obecnie Kielar/Kielur), Kiedos, Kolb, Krauss (Krausz), Kassner, Linde, Linda, Matthorn, Müller, Miiller, Nagel (Nagiel), Neumaier, Nickel (Nikiel), Niebel, Neumann, Nojman, Nauman, Schiller (Sziler, Szeler, Szylar, Silar), Schmidt, Szmid, Scholz (Solcz), Schindler (obecnie Szyndlar), Struner, Springler (Szprynglar), Ross, Weiss (Weys, Weisz, Wajs, Wais), itd.

Występują także nazwiska o korzeniach czeskich, węgierskich, tureckich, litewskich, łemkowskich, żydowskich, tatarskich, wołoskich…

Najczęściej występujące w Polsce nazwiska to: Nowak, Kowalski(a), Wiśniewski(a), Wójcik, Kowalczyk, Kamiński(a), Lewandowski(a), Zieliński(a), Szymański(a), Woźniak, Dąbrowski(a), Kozłowski(a), Jankowski(a), Mazur, Wojciechowski(a), Kwiatkowski(a), Krawczyk, Kaczmarek, Piotrowski(a), Grabowski(a), Zając, Pawłowski(a), Michalski(a)… W tym miejscu proponuję sięgnąć do źródeł MSWiA – „Statystyka 50 najpopularniejszych nazwisk w Polsce w podziale na płeć”:

https://www.msw.gov.pl/pl/aktualnosci/12891,100-najpopularniejszych-polskich-nazwisk.html?search=6135

Oczywiście nie sposób pominąć nazwiska najrzadziej występujące. W tym samym źródle podana jest kolejna statystyka – obejmuje ona nazwiska, których występowanie jest równe pięciu reprezentantom:

https://www.msw.gov.pl/pl/sprawy-obywatelskie/ewidencja-ludnosci-dowo/statystyki-imion-i-nazw/12893,Najrzadziej-wystepujace-nazwiska-w-Polsce-w-podziale-na-plec.html?search=6135

Zdaniem Jarosława Macieja Zawadzkiego, autora książki pt.: „1000 najpopularniejszych nazwisk w Polsce”,  każde nazwisko to swoisty dokument historyczny, z którego można wyczytać, skąd prawdopodobnie wywodzi się nasze gniazdo rodowe i kim mogli być nasi przodkowie… Jak jest jednak w przypadku nazwiska, którego jestem szczęśliwym posiadaczem od ponad pół wieku?

W cytowanym powyżej wykazie nazwisk najrzadziej występujących w Polsce nie jest nawet wymienione – dlaczego? Między 1945-1975 rokiem w Polsce występowało łącznie czterech przedstawicieli tego nazwiska – moi rodzice, siostra i ja. Od 1975-2015 roku liczba ta stała się ruchoma: ślub siostry (zmiana nazwiska), mój ślub (przybyło nazwisko), narodziny mojego syna (przybyło nazwisko), śmierć mojego ojca (ubyło nazwisko), śmierć mojej mamy (ubyło nazwisko). W chwili obecnej w Polsce nazwisko CYPLA noszą tylko  i wyłącznie trzy osoby – ja, żona i syn.

W różnych starych słownikach można odnaleźć kilka odniesień mogących wyjaśnić etymologię mojego nazwiska: cypel (pla, plu, ple) pokrewne z cupel (czupel, czupień, cupień, copel) – koniec szpiczasty jakiejkolwiek rzeczy, sterczący lub w postaci klina wchodzący w drugą. Cypel to pas ziemi wchodzący w wodę, przylądek – narożnik lądu. To także szczyt skały, szczyt dachu domu, róg żagla, skała nad morzem wisząca lub część klingi szabli osadzona w rękojeści. W języku niemieckim wszystkie te funkcje określa słowo „zipfel”.  Z wyrazów pokrewnych należy jeszcze wymienić „cyplik” (dziobek naczynia np. konewka z cyplikiem), „cyplisko” (wierzchołek góry w formie ostrokręgu), „cyplowaty” (mający kształt cypla), „cypować” (niem. Zupfen), „cypki” (siedzieć w kucki).

Współcześnie w Polsce oprócz mojego „kuriozalnie” rzadkiego nazwiska występuje wiele zbliżonych: Cypel, Cyppel, Cyplik, Cypliński, Cypko, Cyplis, Cypelt… Kiedyś pokusiłem się o częściowe zbadanie genezy tych nazwisk. Wyniki były przeróżne i nie pozwalały na stworzenie wspólnej hipotezy pochodzenia. Znacząca część tych rodzin miała korzenie niemieckie i żydowskie. 

Co w takim razie mogło być źródłosłowem dla nazwiska Cypla?  Najbliższe znaczeniowo słowo to cypel, a więc wyspa, ostrów, kępa, archipelag, atol, półwysep, przylądek. Na tej podstawie można przypuszczać, że protoplaści tego nazwiska żyli gdzieś na uboczu, przy płaskich brzegach obrośniętych pałką szerokolistną, sitowiem, trzciną pospolitą, schowani za oczeretami… Żyli gdzieś w pobliżu płytkich, mulistych zatok, w których oprócz trzcinowych zarośli, porastały wszędobylskie skrzypy. Wiosną i latem królowały tam owady, jedne latały tuż nad powierzchnią wody, inne się po niej ślizgały, a jeszcze inne przenikały w głąb podwodnego świata. Prawdopodobnie w tamtych stronach czas się zatrzymał i wszystko wyglądało tak jak przed milionami lat… Gdzieś w tej magicznej krainie oczeretów mogli żyć moi przodkowie…

Tak na marginesie tej opowieści, ale w dalszym ciągu pozostając pod jej wrażeniem można pokusić się o niezwykle abstrakcyjne skojarzenie. … Oczerety, wśród których mogliby żyć moi ewentualni przodkowie, należą do rzędu ciborowców o pięknie i znajomo brzmiącej łacińskiej nazwie – Cyperales… ledwie kilka literek przestawić, kilka odjąć i nazwisko gotowe. Idąc dalej, tym jakże abstrakcyjnym tropem możemy zacząć się zastanawiać, dlaczego  użyto nazwę cibor, ciborowiec… Może na pamiątkę jakiegoś dzielnego Cibora, Czścibora, Ścibora, który żył gdzieś w głębi cypla otoczonego oczeretami… Imię świadczy o tym, że był to człowiek, który czcił przyrodę i walkę… lubił też żyć z dala od innych. Czy to nie mógł być protoplasta mojej rodziny … Ścibor z Cypla.

Oczywiście to tylko barwna legenda nic nie wnosząca do poznania korzeni nazwiska, które nosze.  Nie wiadomo jak stare jest słowo cypel ze swoimi wszystkimi odmianami. Czy już setki lat temu używano tego słowa do określania wąskiej części lądu wysuniętej w morze, jezioro lub rzekę. Dzisiaj w potocznym języku, cyplem jest wszystko co jest wysuniętą częścią czegoś. W Internecie na prawie dwustu tysiącach różnych odnośników pojawia się moje nazwisko, w przeróżnych, ale przeważnie to samo znaczących formach. Słowa cypel użyjemy gdy będziemy mieli ochotę pojechać na półwysep helski, po to aby zobaczyć np. 31Baterię im. Heliodora Laskowskiego w Helu, czyli czterodziałową baterię artylerii nadbrzeżnej kalibru 152,4 mm, ustawioną na cyplu Półwyspu Helskiego, nazywana też "baterią cyplową" lub „cyplówką”. Bateria ta wchodziła w skład Rejonu Umocnionego Hel i w 1939 roku stanowiła bardzo ważny element polskiej obrony Wybrzeża. To oczywiście jedna z możliwości… Szperając w Internecie możemy odnaleźć około dwieście tysięcy  odnośników do tego magicznego słowa z tym, że internautą nie sprawia naprawdę żadnej różnicy prezentowana forma… cypel, cypla, nawet cypl… to ciągle to samo słowo. Zatrzymując się na chwilę przy nazwisku – zawsze się zastanawiałem czy można je odmieniać. Moja mama, która notabene była filologiem polskim, zawsze mi powtarzała „synu, nasze nazwisko się nie odmienia i zawsze pozostaje w mianowniku – Cypla, a nie jakieś tam Cypli, Cyplowi, itd.”  Nie wiem jak jest faktycznie, ponieważ mimo licznych starań mamy i hektolitrów wypłakanych łez byłem wybitnie oporny na przyswojenie rodzimej gramatyki. Własnego nazwiska staram się nie komplikować przez liczne odmiany, ale cóż z tego skoro jadąc na Hel mówię, że jadę na cypel, a chcąc popływać mówię że będę pływał wokół cypla. I w ten właśnie sposób moje nazwisko chcąc nie chcąc odmienia się do bólu.

Tyle humoru chyba na razie w zupełności wystarczy… czas wracać do naukowych dywagacji na temat etymologii nazwiska. Moje nazwisko rodowe ma prawdopodobnie mało wspólnego z oczeretami, przylądkami i innymi magicznymi kwestiami. Rzeczywistość jest niestety brutalna i nie zawsze daje nam takie prezenty, jakie zamówiliśmy u Mikołaja. Jednak, żeby to zrozumieć należy rozważyć z jakiej części świata pochodzi rzeczone nazwisko. Cała rodzina mojego ojca urodziła się i pochodzi z obecnej Białorusi – przeważnie jest to Grodno i jego okolice, Kotra, Zapole, Lida, Swisłocz. Dla mnie to zawsze była Polska i nigdy, nawet za świetności Kraju Rad i dużych czerwonych sztandarów, nie kojarzyłem swojego pochodzenia w inny, niż polski sposób. Było to tym bardziej oczywiste, że wszyscy moi krewni tam mieszkający czują się Polakami, mówią w języku ojczystym i modlą się w znanym mi z obrządku Kościele. Cypla to Cypla, tak więc nie docierało nawet do mojej świadomości, że moje nazwisko niekoniecznie tak właśnie musi brzmieć. Świat mi trochę zawirował gdy stwierdziłem, że nie jestem Cypla tylko Цыпля. W tym właśnie momencie oczerety i magiczne przylądki z Cyperalesami, zamieniły się w jednej chwili w gnojne podwórko wysypane paszą dla kur niosek… Od dziecka lubię jajka i drób wszelaki, ale nigdy nie myślałem, że ta sympatia bierze się z czegoś innego niż apetyt… Цыпля to nicinnego jak, ujmując to delikatnie, KURA… taka typowa do upasienia lub robienia sobie jaj. Przeglądając rosyjskojęzyczne strony www, czytałem jakie to fajne potrawy można sobie z cypla przyrządzić, ile to kosztują skrzydełka, nóżki, piersi, albo podroby. Ale nic nie doprowadziło mnie do takiego szału jak sformułowanie бройлерных цыпля. Brojler Cypla… może sobie nazwisko na dwuczłonowe powinienem zmienić. Trochę nawet pasowałoby do mnie, bo faktycznie z moich rozmiarów wynika, że jestem drób rasy mięsnej, intensywnie tuczony… ale dlaczego zaraz przeznaczony na ubój? Akapit dalej jakiś radziecki „poeta” tłumaczy mi, że цыпля  osiągają szybki przyrost masy w krótkim czasie, dzięki czemu są stosunkowo tanie w produkcji i hodowane na skalę przemysłową. Poczułem się dumny z mojego nazwiska. To co sobie poczytałem na pierwszych z brzegu „www” mojego imienia,  zniechęciło mnie do dalszych poszukiwań genealogicznych. Jaki sens mają takie poszukiwania… namęczę się, oczy nadwyrężę, a jedyne co dostane w podzięce to pewnie jakiś przodek o równie cudnie brzmiącym nazwisku… jakaś gęś, indor, albo nie daj Boże kaczka. [4]

Co było dalej opisałem już na swojej stronie w rozdziale „MOJE KORZENIE RODOWE - fakty, mity i legendy...” http://www.gencypla.pl/420076129

Powyższy artykuł miał jeden zasadniczy cel – w naszych poszukiwaniach, badając etymologię naszego nazwiska, możemy czasami zabrnąć w wiele ślepych uliczek, które nic nie wniosą do naszych poszukiwań, a tylko je niepotrzebnie wydłużą. W moim przypadku najistotniejszym okazało się pierwotne pochodzenie nazwiska, ściśle związane z obszarem jego występowania…

 

Źródła:

[1] J. M. Zawadzki,  1000 najpopularniejszych nazwisk w Polsce, Warszawa 2002
[2] Z. Kowalik-Kaleta, Historia nazwisk polskich na tle społecznym i obyczajowym (XII-XV wiek),Warszawa 2007
[3] K.Rymut, Nazwiska Polaków. Słownik historyczno etymologiczny, Kraków 1999
[4] artykuł opublikowany przeze mnie w portalu „genealodzy.pl”