Czasami wpadają do głowy - jakby to określił mistrz J.S. Lec - "myśli nieuczesane"... to właśnie jest takie miejsce, w którym zamierzam te myśli pozostawiać...

Homosowieticus...

W 2012 roku Centrum Badania Opinii Społecznej (COBOS) przeprowadziło badanie o bardzo intrygującym tytule – „Kresowe korzenie Polaków”. Przytaczając wyniki w telegraficznym skrócie należy zaznaczyć, że współcześnie w Polsce co siódmy Polak deklaruje, że sam urodził się na tych terenach lub ma rodzica, dziadka czy też pradziadka urodzonego na dawnych Kresach. Przeliczając powyższe na liczby należy stwierdzić, że w Polsce żyje od 4,3 mln do 4,6 mln osób pochodzących z dawnych Kresów. Największe występowanie „kresowych korzeni” odnajdujemy w północnej i zachodniej części kraju, co notabene pokrywa się z kierunkiem przesiedleń Polaków ze Wschodu… Obserwując jednak różnego rodzaju portale internetowe i czytając prasę odnajduję nieco mało zrozumiały dla mnie termin – Homosowieticus… Zapewne drogi mój czytelniku zastanawiasz się w tej chwili, co ma piernik do wiatraka? Otóż ma bardzo dużo…

Czyżby ten termin oznaczający w zasadzie „człowieka sowieckiego (radzieckiego)” miał dotyczyć tej ponad czteromilionowej wyżej opisanej grupy naszego społeczeństwa? Kiedyś od osoby, której korzenie również wydają się kresowe usłyszałem, że „wszyscy którzy przybyli do Polski w okresie powojennym z ZSRR to typowi  Homosowieticus, którzy ledwo mówili i pisali po polsku i którzy dostali polskie dokumenty i obywatelstwo, ale dalej byli sowietami”. Powyższa wypowiedz zaskoczyła mnie do tego stopnia, że – co nie jest do mnie podobne – wprost zaniemówiłem… Zacząłem to co usłyszałem przekładać na historię swojego ojca, który w 1946 roku z falą repatriacji, jako jedyny ze swojej licznej rodziny przekroczył granice ówczesnej Polski. Z nim zapewne tysiące jego pobratymców z terenu Białoruskiej SRR, a więc przedwojennych polskich terenów. Być może większość naszego społeczeństwa stwierdzi, że przybył z ZSRR – trudno się z tym nie zgodzić, ponieważ tak nawet miał wpisane w dowodzie osobistym… Grodno ZSRR. Niedługo po repatriacji zaczął pracować w różnych urzędach państwowych, a więc można założyć, że sowieckie władze ówczesnej Polski brały go za „swojego”. Niedługo później został żołnierzem, w jak to się potocznie (choć niesłusznie) mówi Ludowym Wojsku Polskim. Żeby było jeszcze ciekawiej w niedługim czasie znalazł się w bezpośrednim otoczeniu Józefa Kamińskiego – późniejszego generała broni, a więc komunistycznego generała, który karierę rozpoczął w Armii Czerwonej. Później znalazł się w otoczeniu marszałka Rokossowskiego i Spychalskiego. Jakby nie patrzeć określenie  „Homosowieticus” idealnie pasuje do mojego ojca… Na jednej ze stron opisującej przedmiotowe hasło czytam: „Tuż po drugiej wojnie światowej słynne było powiedzenie w LWP: nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”…
I znowu strzał jakby trafny – ojciec zaczynał służbę od szeregowca i nie posiadał wtedy zbyt wysokiego wykształcenia. Przed wojną skończył coś w rodzaju szkoły zawodowej samochodowej – chyba jednej z niewielu szkół w Grodnie, gdzie po 1939 roku Polak mógł się uczyć. Po jakimś czasie służby przechodząc kolejne stopnie wojskowe został oficerem… wcześniej jednak skończył technikum, zdał maturę
i skończył Szkołę Oficerską – fakt wszystko zaocznie. Czytając dalej charakterystykę Homosowieticusa przeczytałem: „Najwięksi durnie i zdrajcy wstępowali do PPR, a potem do PZPR. W miarę rozwoju PRL rozwijano dialektykę i do PZPR oprócz kretynów wstępowali również, stosunkowo inteligentni karierowicze.” Ten sam autor napisał: „Homosowieticus, to istota z natury głupawa i mało wydajna, ale potrafiąca wiernie wykonywać polecenia przełożonych. W Polsce homosowieticus od początku miał ciężkie życie, bo Polacy to w większości naród inteligentny, pomysłowy i zaradny. Rosjanie wymordowali w Katyniu polskich oficerów po to aby na ich miejsce mianować swoich ludzi.”

No cóż.. mój dziadek macierzysty należał do PPR (wstąpił przed wojną), a matka do PZPR. Ojciec prawdopodobnie też – chociaż o dziwo w dokumentach, które o nim uzyskałem z CAW, takiego zapisu nie ma. Skoro nie był partyjny, a jednocześnie był tak blisko ówczesnej wojskowej góry (Rokosowski, Spychalski, Kamiński), to staje się jeszcze bardziej "podejrzany"  - musieli mu przecież bardzo ufać, skoro pozwolili na to, żeby kolejno przy nich służył. Jako żołnierz „wiernie wykonywał polecenia przełożonych”, czyli według tej teorii był istotą „z natury głupawą i mało wydajną”.
Ja, jako potomek „homosowieticusa” i żeby było ciekawiej również żołnierz zaczynający służbę w latach 80-tych, chyba również mogę być poczytywany za „zdrajcę narodu” i członka V kolumny służącego sowieckiemu panu. W kolejnym artykule czytam: „homosowieticus pociągnął za sobą wiele pijaczków, drobnych i większych kombinatorów, oraz wszystkich nierobów, bo w socjalizmie panowała zasada:…czy się robi czy się leży dwa tysiące się należy… Homosowieticus miał również swoje coroczne parady w dniu 1 maja.” Nic tylko się cieszyć z takiego porównania… Oczywiście w naszym kraju żyła i żyje do dzisiaj cała masa ludzi, do których te wszystkie opisy jakby pasują. Jednak moim zdaniem kresowe korzenie nie miały nic wspólnego z taką postawą, tylko z charakterem danego człowieka.

Kto więc jest Polakiem? Skoro „prawdziwych” Polaków wymordowano między 1939, a 1945 rokiem, a po 1945 roku w granice Polski przybyło dziesiątki tysięcy jawnych lub utajnionych Homosowieticus-ów? Czy nasze społeczeństwo naprawdę trzeba dzielić na lepszych i gorszych? Czy Ci, którzy przybyli z Kresów, jak również ich potomkowie mają czuć się tym gorszym Polakiem, a właściwie nie Polakiem, tylko utajnionym sowieckim sługusem, zdrajcą narodu? Moim zdaniem propagowanie tego rodzaju idei nic dobrego nie przyniesie…Napisałem, to ja – jeden z wymienionych na wstępie ponad 4 mln Polaków…